Zbliża się koniec pierwszego sezonu, a wraz z nim pora na pewne podsumowanie. Serial zapowiadał się smakowicie i wiele z tych zapowiedzi zostało potwierdzonych. Dobre kreacje aktorskie, zdjęcia, kilka naprawdę trzymających w napięciu odcinków - jako całość trzyma on dość wysoki poziom, choć niestety coraz bardziej jestem nim znużony. Powodów tego znużenia mógłbym wymienić kilka, ale chyba najważniejszy z nich to brak wyrazistych postaci, które sprawiłyby, że nawet słabsze odcinki, które zdarzają się przecież w każdym serialu, oglądałoby się z przyjemnością, bo przecież nawet one budują głównych bohaterów.
A tu? Bohaterowie są coraz bardziej nijacy, z niewyjaśnionych powodów unikają stosowania logiki i postępują zgodnie z wytyczonymi im, 'poprawnymi' rolami, którym brak wyrazistości i które rezygnują z nieprzyjemnych dla widza rozwiązań. Nie ma tu niestety miejsca na balansowanie na granicy, jak miało to miejsce w przypadku Tony'ego Soprano, który jeżdżąc z córką po uniwersytetach i budując z nią rzeczywistą więź, był jednocześnie w stanie z zimną krwią zabić ukrywającego się gangstera. Albo Vic Mackey przypalający kuchenką twarz złoczyńcy, a z drugiej strony posługujący się specyficznym wewnętrznym kompasem macho mięknący na widok dzieci, którym dzieje się krzywda. Wydaje mi się, że także przy pomocy takich scen, w których widz miał okazję zobaczyć protagonistów w najróżniejszych sytuacjach, od najzwyklejszych, aż po niezwykle brutalne sceny, które aż trudno było oglądać, udawało się stworzyć seriale, których główni bohaterowie tworzyli skomplikowane postaci, a widz co chwilę stawiany był przed trudnymi, etycznymi pytaniami.
Tego wszystkiego tu niestety nie ma. A szkoda, bo wydaje mi się, że bardzo niewiele brakowało. Wystarczyło trochę bardziej zbalansować wizerunek głównych bohaterów - niech już nawet będą poczciwi, sympatyczni, ale poza tym zimni i wyrachowani. Nie jestem w stanie kupić sytuacji, w której narażają na szwank całą swoją pracę, życie, najbliższych itd. by wypuścić przesłuchiwanego wcześniej agenta. I nawet jeśli okaże się w ostatnim odcinku, że to był tak na prawdę szczwany plan, mający na celu odwrócenie uwagi, to niestety zbyt grubymi nićmi szyta ta intryga. A to nie pierwsza taka sytuacja. Dużo lepiej pod tym względem wypadają postaci drugoplanowe i to tam właśnie opowiadane są najciekawsze historie w serialu.
Pozostaje mieć nadzieję, że ostatni odcinek ładnie pozamyka wszystkie wątki i skomplikuje sytuację na tyle, by nie było z niej łatwego wyjścia. FX zapowiedziało już produkcję drugiego sezonu, ewidentnie lokując w tym serialu pewne nadzieje. Trzymam kciuki.
Pewnie to nie zabrzmi dobrze, ale o ja pierdziu, jak on świetnie wygląda w kapeluszu.
Wczorajszy odcinek zakończył kolejny sezon i, jeśliby go porównać do The Walking Dead, zrobił wszystko to, czego trupom zrobić się nie udało. Pozamykał większość wątków, miał świetne dialogi, piękny, południowy zaśpiew, a antagoniści spotkali się w finałowej scenie. No i całość trzymała się, za przeproszeniem, kupy. Ale przede wszystkim dialogi i rewelacyjny jak zawsze Walton Goggins, który, jak to ładnie posumowano w jednym z poprzednich odcinków, używa czterdziestu słów tam, gdzie wystarczyłyby dwa. Ale za to jakich! Niemalże w każdej kwestii pobrzmiewają echa Davida Milcha i pięknego języka Deadwood, a już kiedy scenariusz zestawia Gogginsa z Olyphantem, Justified sprawia prawdziwą przyjemność. Szkoda tylko, że tych scen w zakończonym właśnie sezonie nie było więcej, a niektóre wątki były po prostu słabe.
Z ciekawością czekam kolejnego sezonu ugruntowawszy się w przekonaniu, że choć Justified z pewnością niepozbawiony jest wad, to wciąż pozostaje jednym z ciekawszych seriali.
Tak na gorąco. Umiarkowanie ciekawy sezon jak do tej pory - dziwne porzucanie linii fabularnych, wprowadzanie i wyprowadzanie wątków umiarkowanie irytujące, sprawiające wrażenie zapychających czas, zupełnie zbędnych historii, których przecież niemało było i wcześniej, ale wtedy były chyba lepiej poprowadzone, bo nie przeszkadzały. Ale ostatni odcinek był moim zdaniem fantastyczny - duże nagromadzenie świetnych scen, nawiązania do westernów, doskonałe dialogi, pojedynki, zasadzki.... ech. Kawał dobrego, sensacyjnego i nieobraźliwego dla widza współczesnego westernu. Czemu ten sezon cały taki nie był, skoro ewidentnie ludzie odpowiedzialni za scenariusz jak chcą, to potrafią?
The Americans to jeden z ciekawszych nowych seriali, które pojawiły się w tym roku. Odpowiedzialna zań telewizja FX jak zwykle celuje w sensacyjną rozrywkę. Tym razem akcja osadzona jest w latach 80 w Stanach Zjednoczonych, gdzie agenci KGB udając amerykańskich obywateli przeprowadzają różne operacje wywiadowcze - uzyskują informacje, zastraszają, wykradają - całe spektrum wydarzeń, które z jednej strony oferują pełne napięcia sceny, z drugiej, ponieważ oglądamy antybohaterów, pozwalają na balansowanie pomiędzy trudnymi wyborami moralnymi - niestety ten aspekt nie został jeszcze w pełni wykorzystany, ale mam nadzieję, że będzie ich coraz więcej. Drugą stroną oglądanych wydarzeń to starające się rozpracować radzieckich agentów FBI. Żeby było ciekawiej, główny agent FBI, grany przez wyróżniającego się w obsadzie Noah Emmericha, całkowicie nieświadomy tego faktu, wprowadza się do domu obok głównej pary agentów KGB i w niedługim czasie obie rodziny zaprzyjaźniają się.
Serial ogląda się dobrze, tempo jest takie jak powinno, aktorzy dobrze wywiązują się ze swoich ról. Bardzo pozytywnie odbieram odtworzony przezeń klimat lat 80, atmosferę podejrzeń, wszechobecnych spisków, napięć pomiędzy mocarstwami. Pozostaje tylko trochę niedosyt, że tak mało naprawdę trudnych etycznie sytuacji. Ale być może wszystko przed nami. Serial cieszy się dość dużą popularnością i telewizja FX już ogłosiła, że doczeka się on kontynuacji. Polecam.
Good cop and bad cop left for the day, I am a different kind of cop
Tytuł tego wpisu to cytat z jednego z pierwszych odcinków serialu The Shield, serialu dzięki któremu odkryłem zjawisko wcześniej całkowicie dla mnie nieznane - seriali telewizyjnych. Oglądaniu go towarzyszyło ciągłe zdziwienie i zadawane sobie raz po raz pytanie "ale jak to, to tak można w telewizji?". Bo The Shield to właśnie zupełnie inna produkcja, całkowicie zrywająca z tym, do czego przyzwyczaiły nas tradycyjne sensacyjne seriale, w których dzielni policjanci w godzinnym odcinku są w stanie rozwiązać właściwie każdą sprawę, a oni sami, choć czasem zgryźliwi i cyniczni, to jednak w głębi duszy są poczciwi i dobrzy. Po The Shield obejrzałem następne - Deadwood, Rodzina Soprano, My name is Earl i wiele innych, ale to właśnie dzięki Shawnowi Ryanowi, który serial ten wymyślił i poprowadził odkryłem to nowe zjawisko i to właśnie temu niepozornie wyglądającemu człowiekowi poświęcony będzie dzisiejszy wpis.
Zanim pierwszy pomysł o policjancie imieniem Vic Mackey zakiełkował w głowie Ryana, pracował on jako jedna z osób piszących scenariusz do policyjnego serialu Nash Bridges. To właśnie tam, jak sam mówi, nauczył się fachu i wszystkich sztuczek, z których chętnie korzystał przy pisaniu The Shield. To właśnie tam często wykorzystywany był model scenariusza, w którym główny wątek przeplatany jest kilkoma niezależnymi, które nadają opowiadanej historii szybkie tempo i pozwalają unikać dłużyzn.
Mniej więcej w tym czasie Ryan zaczyna myśleć poważniej o własnej karierze i rozgląda się za czymś bardziej ambitnym. Pisze wiele scenariuszy, z których większość trafia do szuflady. By mieć za co żyć dołącza do ekipy scenarzystów serialu Angel, gdzie nie idzie mu najlepiej i przełożeni nie są zbyt zadowoleni z jego pracy. Mniej więcej w tym samym czasie rusza telewizja FX, która rozgląda się za czymś, co pozwoliłoby im na zaistnienie na rynku telewizyjnym. Na jednym ze spotkań Ryan słyszy pytanie: "A ty, co właściwie chciałbyś napisać?".
Zaczyna pracować nad serialem luźno opartym na skandalu w specjalnej jednostce policji w Los Angeles nazywanej Rampart - taki też jest roboczy tytuł scenariusza. Właściwie nie widzi, żadnych szans na realizację tego projektu, więc pozwala sobie na większą swobodę, niż miało to miejsce w przypadku wcześniejszych prób i skupia się na historii, którą sam chętnie obejrzałby na ekranie telewizora. Napisany scenariusz, bez żadnej nadziei na realizację wysyła do decydentów z FX i pewien, że szybko zostanie on odrzucony, powraca do zapewniającej mu utrzymanie pracy nad serialem Angel.
Lecz studio szukało czegoś mocnego, czegoś w klimacie Rodziny Soprano, czegoś z silnymi, bezkompromisowymi bohaterami, co pozwoliłoby stacji na przyciągnięcie do siebie widzów, którzy zakochali się w brutalnym wdzięku Tony'ego Soprano. Scenariusz krąży z rąk do rąk, aż wreszcie w 30 sierpnia 2001 roku Ryan słyszy dobrą wiadomość.
Dwanaście dni później bliźniacze wieże w wyniku ataku terrorystycznego runęły w dół, a wraz z nimi sprzyjający realizacji The Shield nastrój. Raz jeszcze Shawn Ryan przekonany jest, serial nigdy nie trafi do produkcji. Staje się jednak inaczej, kiedy film z Denzelem Washingtonem Training Day odnosi sukces kasowy. Zaczynają się castingi do serialu, który teraz roboczy tytuł nosi The Barn.
Do głównej roli - Vica Mackey'go poszukiwany jest ktoś, kto wyglądałby jak młody Harrison Ford. Sympatyczny, miły dla oka. Jakim więc cudem rolę zyskuje Michael Chiklis, który Sethowi Macfarlane'owi skojarzył się raczej z tryskającym testosteronem męskim przyrodzeniem, niż z młodym Indianą Jonesem? Także agenci samego Chiklis'a, który był w tym czasie rozpoznawalnym, komediowym aktorem, występującym głównie w telewizji, odradzali mu wzięcie udziału w castingu. Lecz on przeczytał scenariusz i ani na moment nie wahał się. Wiedział, że to może być jego życiowa rola. Alan Sepinwall w rozdziale poświęconym The Shield przytacza scenę z castingu, gdzie Chiklis miał przeprowadzać przesłuchanie pedofila. Coraz silniejsze emocje w końcu wybuchają i aktor zrywa się z krzesła, na którym siedzi i rusza w stronę przesłuchiwanego. Pomimo, że scenariusz znany był wszystkim obecnym, operator kamery odskoczył ze strachu w tył. Główna rola zostaje obsadzona.
Do obsady szybko dołącza bliżej nieznany nikomu Walton Goggins, aktorka drugiego planu CCH Pounder, kilku znajomych Shawna Ryana i zdjęcia rozpoczynają się. To co powstało, było w dużej mierze zwykłym proceduralnym serialem policyjnym, który obficie korzystał z doświadczenia, które Ryan wyniósł z pracy przy Nash Bridges - wątki przeplatały się, zazębiały, rozchodziły i schodziły. A wszystko to w bardzo szybkim tempie i przy dynamicznej, nawiązującej do policyjnych filmów dokumentalnych pracy kamery.
Lecz różnica pomiędzy The Shield a innymi obecnymi na ekranach w tym czasie serialami policyjnymi, była taka, że głównym bohaterem był niepodobny do żadnego innego policjanta, znanego z telewizji Vic Mackey. Powiedzieć, że był on antybohaterem, to właściwie nic nie powiedzieć. Dopuszczał się najgorszych czynów, na moment nawet nie mając wyrzutów sumienia. Takiej postaci, nie było do tej pory w telewizji.
Inną cechą wyróżniającą The Shield była metoda prowadzenia narracji. Od początku Ryan poświęcał na poboczne historie tak mało miejsca, jak to tylko możliwe, nie było misternego kreślenia akcji, nic z tych rzeczy. Widz lądował w środku wydarzeń i musiał się szybko orientować, bo kamera biegła już dalej, ku innym sprawom, które działy się równolegle.
Kolejną ważną cechą serialu były poruszane w nim tematy. The Shield nigdy nie stronił od kontrowersyjnych spraw, wręcz przeciwnie. Pojawiały się więc dewiacje seksualne, problemy tożsamości, masowych zabójstw, nienawiści na tle rasowej i wiele innych. Montaż, który Ryan zastosował, zakładał, że przerwa reklamowa może pojawić się w każdej chwili, więc napięcie musiało być budowane bez przerwy. Wszystko to sprawiło, że serial był niezwykle atrakcyjny wizualnie, miał szybką, trzymającą w napięciu akcję i nie stronił od trudnych tematów. Z czasem do obsady dołączają Glen Close i Forrest Whitaker. W czasie, gdy The Shield był emitowany aktorzy o głośnych nazwiskach niezbyt często odwiedzali produkcje telewizyjne, a jeśli już tak się działo, raczej występowali w produkcjach HBO.
Klasyk kiedyś powiedział, że mężczyznę najlepiej poznać po tym jak kończy. Jeśliby tę maksymę zastosować do The Shield, to niewątpliwie mamy do czynienia z jednym z najlepszych seriali, które kiedykolwiek zagościły na ekranach telewizorów. Bo choć ciężko wskazać, który z sezonów był najsłabszy, wielu fanów bez wahania wymienia ostatni jako najlepszy. Niewiele historii opowiadanych w telewizji ma tak wyraźny początek, środek i koniec. Innymi słowy historia, którą The Shield przedstawia sprawia wrażenie przemyślanej od początku do końca, co wbrew pozorom nie jest wcale tak częste.
Serial zakończył swoją emisję w 2008 roku. Od tamtego czasu Ryan pracował przy kilku projektach, z których najciekawszy wydaje mi się opisywany już na tym blogu Terriers, który pomimo bardzo dobrych recenzji nie zyskał szansy na drugi sezon. Co jakiś czas pojawiają się informacje o planowanym filmie, który miałby być kontynuacją scenariusza, ale nauczony doświadczeniami Deadwood podobne informacje traktuję niezbyt poważnie. Inne produkcje to niezbyt udany Chicago Code, Lie to me czy The Last Resort, którego pierwszy sezon zakończył się kilka dni temu. Z serialem tym dopiero się zapoznaję i jak tylko skończę, postaram się coś napisać.
Na koniec klip, który promował szósty sezon The Shield - piosenka This night zespołu Black Lab.
Najlepsze pięć seriali obejrzanych w ubiegłym roku, mojem skromnem zdaniem:
1. Terriers (FX) - choć nie jest to serial, który obecny był na ekranach w ubiegłym roku, to był na tyle dobry, że wciąż do niego powracam i nie mogę przeboleć, że został zdjęty z ramówki stacji. Nie jestem w stanie zrozumieć, jak można było mając tak fantastyczny scenariusz, rewelacyjnie obsadzoną parę głównych aktorów pomiędzy, którymi aż iskrzyło, świetne dialogi, ciekawe zwroty akcji, Shauna Ryana wśród twórców, no jak można było mając to wszystko po prostu ten serial porzucić.
Ale zatrzymajmy się przy tym, co powstało. Mamy inteligentnie zbudowaną fabułę, która rozwija się przez trzynaście odcinków. Główni bohaterowie to para prywatnych detektywów, z których jeden jest byłym policjantem, drugi byłym złodziejem. Razem rozwiązują zagadki kryminalne, często w niekonwencjonalny sposób. W serialu czuć echa chandlerowskiej prozy, pobrzmiewające w pełnych cwaniackiego humoru dialogach i osadzeniu akcji gdzieś pomiędzy szczytami elit kalifornijskiego społeczeństwa, a jego samymi dołami. Wyraźnie też czuć rękę Shauna Ryana - twórcy jednej z najlepszych historii opowiedzianych w telewizji - The Shield. Więc czemu tak udany serial nie doczekał się kontynuacji?
2. Louie (FX) - kiedy w 2010 roku telewizja FX wyemitowała pierwszy odcinek tego serialu, nigdy o Louiem CK nie słyszałem. Na pierwszy odcinek trafiłem przypadkiem i było to absolutne objawienie. Od tamtego czasu z niecierpliwością oczekuję kolejnych i jeszcze żaden mnie nie zawiódł, a już zwłaszcza w roku ubiegłym. To był fantastyczny sezon dla Louiego. Mamy w nim okazję zobaczyć takie osobistości jak David Lynch czy Robin Williams. Serial łączy w sobie opowieść o trudach pracy zawodowego komika, samotnego życia, wychowywania dwóch córek i kto wie czego jeszcze. Towarzyszy temu abstrakcyjny humor, nieoczekiwane pomysły realizacyjne. Bo trzeba dodać, że Louie CK to nie tylko występujący w głównej roli aktor, ale też scenarzysta, reżyser, montażysta... Na tym pewnie nie koniec. Ma on całkowitą władzę nad swoim dziełem i jeśli uzna, że chce tak naprawdę zrobić trzy odcinkowy film, jak w przypadku opowieści o zajęciu miejsca Davida Lettermana, to to robi. Jeśli nagle chce zrobić nostalgiczną historyjkę o tym, czym jest męska przyjaźń, to wsiada z ekipą i leci do Miami. Albo do Chin. Albo do Iraku. Albo cały odcinek poświęci śmierci i przemijaniu. Wszystko to przyprawione wysoce niepoprawnym humorem.
3. Bob's burgres (Fox) - to najciekawsza moim zdaniem animacja obecnie w telewizji. Podczas gdy Family guy, oraz jego mniej lub bardziej udane dzieci, coraz częściej wypada słabo, a The Simpsons wydają się dobrze czuć w swojej niszy, Bob's burgers całkowicie przełamał dotychczasowy kształt kreskówki opowiadającej o trudach życia rodzinnego. Objawia się to w swoistym kroku wstecz, powrotowi do dość tradycyjnego, konwencjonalnego sposobu opowiadania historii, z jednym, góra dwoma liniami fabularnymi, bez abstrakcyjnych pomysłów - jest niemalże realistyczny. Ale efekt takiego zabiegu daje fantastyczne rezultaty, a poszczególne odcinki są dzięki temu bardziej spójne. Lecz bez wątpienia najmocniejszą stroną tej produkcji jest poczucie humoru, które bardzo często zaskakuje nieoczekiwanymi skojarzeniami. Całości dopełnia bardzo ciekawa kreska.
4. Breaking bad (AMC) - flagowy serial AMC opowiadający o schodzącym na ciemną stronę mocy chemiku. W ubiegłym roku chyba zaszedł już tak daleko, jak to tylko możliwe, a wraz z nim emitująca serial stacja, która jeszcze kilka miesięcy każe nam czekać na ostateczne rozwiązanie tej historii, co gorsza umieszczając w ostatniej minucie ostatniego odcinka najbardziej oczekiwany i zarazem niezwykle rozbudzający ciekawość cliffhanger, jaki był do pomyślenia. Pół sezonu, które można było obejrzeć w ubiegłym roku z pewnością nie było najlepszymi odcinkami tego serialu (dlatego dopiero czwarte miejsce na mojej liście), ale nawet przy tym założeniu, Breaking bad jest jednym z najlepiej opowiedzianych, najlepiej zmontowanych, zagranych, sfilmowanych i zagranych seriali w telewizji. Czy będzie go można nazwać wielkim, zależy w dużej mierze od tych ośmiu odcinków, które wciąż jeszcze są przed nami. Ale biorąc pod uwagę opanowanie i rozsądek Vinca Gilligana, showrunnera tego serialu, mam ogromną nadzieję, że będzie dobrze.
5. Comedians in cars getting coffee - dostępna w internecie produkcja Jerrego Seinfelda, w której ten niezwykle zamożny komik zaprasza swoich znajomych, też komików, na kawę. Udają się na nią różnymi samochodami z dużej kolekcji Jerrego. Pomysł prosty jak budowa cepa, ale dzięki ciekawym rozmówcom, wśród których pojawiają się takie osoby jak Ricky Gervais, Alec Baldwin czy Mel Brooks ogląda się to wyśmienicie. Niedawno dotarła do mnie informacja o kręceniu kolejnych odcinków. Nie mogę się doczekać.
Do piątki nie załapały się, ale postaram się o nich wkrótce napisać: Treme (HBO), Justified (FX), World without end, Idiot abroad, Boardwalk empire (HBO) oraz Rising hope (Fox)
Wrócił jeden z najlepszych obecnie seriali, emitowany przez telewizję FX Justified. Jak większość, jeśli nie wszystkie, produkcje tej stacji jest to historia o męskich mężczyznach skierowana do tych mniej męskich przedstawicieli brzydkiej płci, którzy takowymi bardzo chcieliby być, ale trudy codzienności, a może po prostu brak czasu lub jakieś jeszcze inne kwestie, o których nawet nie warto wspominać im na to nie pozwalają.
Akcja serialu, a zwłaszcza jego pierwszego sezonu oparta jest na opowiadaniu Elmore Leonarda zatytułowanego Fire in the hole. którego głównymi bohaterami jest para antagonistów - szeryf stanowy (US Marshal) Raylan Givens, w którego w serialu wciela się z wdziękiem Timothy Olyphant oraz wybuchowa mieszanka przestępcy i kaznodziei - Boyd Crawder - w tej roli jak zawsze świetny Walton Goggins. Tłem wydarzeń jest małe miasteczko w Kentucky, gdzie czas zatrzymał się ponad sto lat temu, kiedy każdy problem można było rozwiązać przy pomocy pistoletu. Wszyscy mają tu broń palną, a na głowach kapelusze i tylko konie zastąpione zostały przez pickupy.
Przez trzy sezony serial trzymał poziom, sprawnie opowiadając swoją sensacyjną historię balansując pomiędzy westernowymi klimatami z mniej lub bardziej samotnym jeźdźcem, który zaprowadza porządek w miasteczku, stając w obronie biednych i uciśnionych, stawia czoła złym bandom, z lekko sentymentalną historią rodzinną i trudną przyjaźnią między dwoma przeciwnikami w tle. A wszystko to podane z dobrym żarcikiem, dużym dystansem, przyprawione melodyjnymi piosenkami. Serial ten nie stara się być niczym więcej niż dobrze opowiedzianą historią sensacyjną i przeważnie mu się to udaje. Czwarty sezon, który ruszył tydzień temu, zapowiada się równie dobrze, jak wcześniejsze. Widz od razu zostaje rzucony w wir wydarzeń, który ogląda się świetnie. Z niecierpliwością czekam na następne odcinki.