Serial obejrzany i niestety moje obawy sprawdziły się. The house of cards to bardzo dobrze wykonana produkcja, w której wszystko zapięte jest na ostatni guzik. Dawno nie było w telewizji (a trzeba pamiętać, że to pierwszy serial wyprodukowany przez platformę Netflix) tak dobrze technicznie nakręconego, zagranego, oświetlonego i pod każdym innym względem perfekcyjnego serialu, co nie dziwi, jeśli zważyć na nazwiska osób zaangażowanych w ten projekt. Ale sama historia pozostawia, przynajmniej u mnie, pewien niedosyt, że autorzy tak bardzo skupili się na polityce i jej bezpośrednich okolicach, że zginęło gdzieś drugie dno, podobnie jak w bardzo wielu współczesnych produkcjach. I to właśnie z tego powodu, jeśli by serial Finchera porównać z serialem, w produkcję którego zamieszany był Gus Van Sant - Boss, pomimo wielu wad tego drugiego, wydaje mi się, że to właśnie on w ostatecznym rozrachunku wypada o niebo bardziej interesująco.
Blog ten poświęcony jest kulturze, a w szczególności telewizji i muzyce, ale niewątpliwie znajdzie się tu też miejsce dla filmu i literatury.
środa, 27 lutego 2013
Uciekając od nieba bram
Na płycie jest dziewięć utworów, bardzo klimatycznych, pełnych melancholii i oczywiście, tak charakterystycznych poetyckich tekstów. Po pierwszym przesłuchaniu w pamięci zostały mi dwa utwory, tytułowy Push the sky away oraz klimatyczny, przywołujące mordercze wspomnienia Water's edge, ale z każdym przesłuchaniem płyty pozostaje kolejna piosenka, kolejne zaskakujące frazy.
Płyta jest niezwykle spójna i być może tu pojawia się jedyny zarzut, jaki mógłbym jej postawić - pewną monotonność. Trochę brakuje przełamania tych smutnych piosenek czymś bardziej żywiołowym, czymś w stylu Oh my lord. Ale być może ta uwaga wynika z tego, że najbardziej lubię w dyskografii tego artysty jego wczesne płyty, które niewątpliwie cechowała duża żywiołowość. Tak czy siak, najnowsza płyta Cava to kawał dobrej muzyki, gorąco polecam.
niedziela, 17 lutego 2013
Domek z kart
Serial House of cards zapowiadał się rewelacyjnie - doskonała obsada, z Kevinem Spacey'em, tacy reżyserzy jak David Fincher czy Joel Shumacher, a wszystko to w ryzach odpowiedzialnego za Idy marcowe Beau Willimona. Suma tych wszystkich czynników powinna dać doskonały serial, w którym intryga polityczna trzymać będzie widza w ciągłym napięciu, a sam serial poza rozrywkowymi aspektami skłaniał będzie do refleksji. Po obejrzeniu pierwszych odcinków byłem pełen entuzjazmu. Świetne zdjęcia, doskonała gra aktorska, niby nic się specjalnie nie działo, ale nie działo się w całkiem interesujący sposób, a pojawiające się co chwilę mruganie do kamery wskazywało, że serial rozwinie się satysfakcjonujący sposób.
Lecz teraz, po obejrzeniu dziesięciu odcinków czuję się już trochę zmęczony House of cards. Serial niestety coraz bardziej wydaje się być dość, trzeba to przyznać, nietypowo poprowadzonym, ale jednak proceduralem, który poza perfekcyjnym wykonaniem, samą akcją coraz bardziej rozczarowuje. Problemy, z którymi mierzą się główni bohaterowie wydają się być całkowicie pozbawione znaczenia, a co gorsza brak tu znanego z West Wing czy Boss napięcia i tempa. Lecz największe jak do tej pory rozczarowanie to nie wykraczanie poza ramy opowiadanej historii, przez co mruganie do kamery coraz bardziej wydaje się nie mającą większego znaczenia sztuczką, chwytem, który ma przekonać widza, że historia ma drugie dno, kiedy jak na razie wszystko wskazuje na to, że niczego pod spodem nie ma.
Zostały mi do obejrzenia trzy odcinki i mam nadzieję, że po obejrzeniu ostatniego z nich moje zdanie o tym serialu zmieni się diametralnie, ale niestety coraz bardziej obawiam się, że nic takiego nie będzie mieć miejsca nie będzie.
piątek, 15 lutego 2013
Riverside - Shrine of New Generation Slaves
Zespół Riverside po raz pierwszy usłyszałem kilka lat temu na koncercie Dream Theater w Katowicach, gdzie rozgrzewali publiczność przed właściwym występem. Zagrali kilka piosenek i pomimo słabego nagłośnienia zwrócili uwagę dobrym wokalem, ciekawymi liniami melodycznymi. Trochę później trafiły mi do rąk ich płyty Rapid eye movement oraz Second life syndrom, które na tyle mi się spodobały, że poszedłem na koncert do Stodoły. I to chyba wtedy pojawiły się pierwsze oznaki znużenia muzyką tej grupy. Koncert był dobrze nagłośniony, muzycy świetnie zgrani, wokal w dobrej formie, ale... czegoś jednak zabrakło. W połowie koncertu mieliśmy dość i przeszliśmy do baru celem konsumpcji i tylko jednym uchem słuchaliśmy kolejnych piosenek.
Od tamtego czasu muzyka Riverside coraz bardziej mnie męczy. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest strasznie wtórna i mało różnorodna i podobnie do wspomnianego wcześniej Dream Theater poza techniczną perfekcją i kilkoma naprawdę dobrymi kawałkami, brak tej muzyce tego czegoś, co sprawia, że chce się do niej wracać. Dlatego też, po najnowszym krążku Riverside Shrine of New Generation Slaves nie obiecywałem sobie zbyt wiele. I niestety wiele się nie pomyliłem. Na płycie jest dziesięć dość podobnych do siebie utworów, z których większość z powodzeniem mogłaby znaleźć się na poprzednich albumach grupy. Lecz widać też, że zespół poszukuje nowej formuły i utwory takie jak Escalator shrine czy Night sessions wypadają interesująco i świeżo. Mam nadzieję, że to właśnie w tę stronę pójdzie zespół i że następna płyta będzie jeszcze ciekawsza. Bo pomimo moich wszystkich zarzutów, Riverside jest z pewnością dobrym zespołem, a opisywana płyta jest ciekawą propozycją dla każdego fana rocka progresywnego.
Kruk jednak zaśpiewał
Na nową płytę Stevena Wilsona czekałem z równie wielkimi
nadziejami, co obawami. Nadziejami, bo filmiki, które zamieszczał co jakiś czas w sieci dokumentujące postępy prac w studio były niezwykle interesujące. Obawami, bo
poprzednia solowa płyta Grace for drowning
nie należy do moich ulubionych, a wręcz momentami po prostu męczy. Mój obraz płyty nie poprawił też dość przeciętny jak na Wilsona koncert, na którym wizualne sztuczki gitarzysty (lasery na palcach) i trochę męczący artyzm (granie za zasłoną, półgodzinne mruczenie) raczej męczyły, niż budowały atmosferę. Na szczęście
kiedy przesłuchałem po raz pierwszy najnowszego dzieła Stephena odetchnąłem z
ulgą - od pierwszego momentu urzeka klimatycznymi, baśniowymi utworami i wirtuozerią zaproszonych do udziału muzyków.
Na płycie mamy sześć utworów, których przeciętna długość oscyluje w okolicach dziesięciu minut. Większość z nich posiada przyjemne dla ucha melodie, które szybko przechodzą w pogranicze rocka progresywnego i jazzu. Lecz najnowsze dzieło Wilsona to nie tylko muzyka, to także słowa. Każda z piosenek opowiada inną niesamowitą historię, której muzyka jest nierozerwalną częścią - tak jak na przykład w tytułowym The raven that refused to sing czy moim ulubionym utworze The Watchmaker, w którym klimat muzyczny zmienia się wraz z opowiadaną baśnią, to urzekając melodią, to przerażając nieprzyjemnymi, mrocznymi dźwiękami.
Wersja kolekcjonerska płyty ma się ukazać wraz z dość grubą książką zawierającą tak opowiedziane na płycie historie, jak inne, nie znane jeszcze. Nie mogę się doczekać, kiedy znajdzie się na mojej półce.
Poniżej tytułowy utwór z płyty wraz z teledyskiem.
poniedziałek, 11 lutego 2013
Deadwood
Bez
wątpienia serial cechuje narracyjna złożoność podobna do tej z The Wire.
Narracja koncentruje się na sezonie, z rzadka tylko zamykając niektóre wątki w
obrębie pojedynczych odcinków. I tak pierwszy sezon skupia się na dochodzeniu
do pewnego rodzaju umowy społecznej, w efekcie której poszczególnym postaciom
nadane zostają funkcje społeczne, które jednak są tylko pozorne, nie mające
żadnego znaczenia. Drugi i trzeci sezon opowiadają o kolejnych krokach
miasteczka Deadwood na drodze do praworządności.
Podobnie jak w przypadku
poprzednio opisanych seriali, także i tu mamy całą plejadę różnych postaci, z
których każda ma swoją rozbudowaną historię rozwijaną wraz z postępem głównej
narracji. Warto zwrócić uwagę, że wiele z nich jest postaciami historycznymi,
często znanymi z powieści czy westenów. I tak mamy tu obu wymienionych
wcześniej – Ala Swearengena i Setha Bullocka, ale także Dzikiego Billa
Hickocka, Calamity Jane czy Sola Stara.
Lecz
pomimo używania rekwizytów i postaci znanych z westernu, Deadwood bardzo
daleki jest od klasyków tego typu filmów. David Milch tak mówi o tym gatunku
filmowym: “jest on artefaktem kodeksu Haysa, nie ma nic wspólnego z prawdziwym
Zachodem, pokazuje Ameryce uświęcony, heroiczny obraz tego, czym Ameryka była”.
Zdecydowanie Deadwood nie miał nic z kodeksem Haysa wspólnego, daleki
również był od późniejszych przedstawicieli tego gatunku – antywesternów. W
serialu nie ma właściwie tak charakterystycznych dla wczesnych, jak i późnych
westernów, pojedynków, bójek. Broń palna pojawia się tu niezbyt często, więcej
tu polityki i skomplikowanych relacji międzyludzkich. Jak pisze Jason P. Vest,
pozwliło to “Milchowi ukazać niewygody, trudy i brzydotę realiów narodzin Ameryki
jako bytu politycznego, ekonomicznego i obywatelskiego”.
Dzięki takiemu podejściu serial operuje bardzo naturalistycznym obrazem,
nieoszczędzającym widzowi najdrobniejszych szczegółów trudnego życia
miasteczka, które było “zaludnione postaciami, które dawno opuściły raj. Pod
tym względem Deadwood jest tak samo Szekspirowskie co Miltonowskie”.
Jak oba opisane wcześniej seriale – Rodzina
Soprano i The Wire, także i ten charakteryzuje jakość wykonania. Gra
aktorska w tej produkcji stoi na najwyższym poziomie. Na szczególną uwagę
zasługuje niewątpliwie Ian McShane, wcielający się w postać Ala Swearengena,
ale nie ustępują mu inni. Uwagę zwracają też zdjęcia, utrzymane są w ciemnej
stylistyce, nasuwające skojarzenia do starych fotografii. Precyzyjna praca
kamery pokazuje rozmach scenograficzny Deadwood. Akcja rozgrywa się
małym miasteczku zatopionym w błocie. W każdym względnie suchym kącie widzimy
poustawiane stragany i ludzi sprzedających swoje towary. Z niesamowitą
dbałością o szczegóły odtworzone zostały stroje – każda z postaci prezentuje
inny styl ubierania.
Niestety
wszystkie te cechy przełożyły się na bardzo wysoki koszt produkcji i po emisji
trzech sezonów HBO podjęło decyzję o zdjęciu serialu z anteny, przez co
historia osady Deadwood i żyjących w niej postaci nie posiada zakończenia. Wraz
z finałami seriali takich jak Rodzina Soprano, The Wire czy Deadwood
kończy się tak zwany złoty okres HBO. Produkcje pojawiające się na antenie
stacji, nie odnoszą tak wielkich sukcesów, jak te opisane wcześniej i HBO bez
specjalnego powodzenia szuka nowych pomysłów. Dopiero w ostatnich latach można
zaobserwować pewną zmianę wraz z pojawieniem się takich seriali jak Zakazane imperium (2010), Gra o tron(2011). Wydaje mi się jednak, że pomimo zaangażowania
znanych aktorów – Sean Bean, Steve Buscemi czy Dustin Hoffman i ludzi filmu,
takich jak Martin Scorsese czy Michael Mann, nie może być mowy o powrocie do
jakości, do jakiej przyzwyczaiły nas opisane wcześniej produkcje.
I
to może właśnie ten fakt doprowadził Ryana McGee do napisania tekstu “Sopranos
do more harm than good? HBO and the decline of the episode”, w którym zarzuca
HBO, że to przez seriale, takie jak Rodzina Soprano, współczesna
telewizja odeszła od historii jednoodcinkowych na rzecz nowelistycznego
podejścia do fabuły. Autor pod wpływem obejrzenia Luck, w którym jego
zdaniem przez osiem odcinków właściwie nic się nie dzieje, doszedł do wniosku,
że w wielu współczesnych produkcjach telewizyjnych odcinki często pełnią tylko
rolę wypełniacza, nie posuwając akcji do przodu. Podaje przykłady takich
seriali jak The Killing (Dochodzenie,
AMC, 2011) czy Flashforward (ABC, 2009). Wydaje mi się, że choć bez
wątpienia jest coś na rzeczy, McGee zbytnio uogólnia i upatruje winowajcę w
produkcji, która stawiała, jak opisywałem to na początku tego rozdziału, na
odcinkowe podejście do fabuły. Dużo bardziej do zarzutów, jakie stawia Rodzinie
Soprano, pasowałyby The Wire i właśnie Deadwood. Jason Mittell na
swoim blogu wchodzi w polemikę z artykułem McGee. Zwraca uwagę, że wymieniane
produkcje faktycznie często nie należą do udanych, lecz powód jego zdaniem jest
inny. To nie narracyjna złożoność (rozumiana jako odejście od narracji
jednoodcinkowej na rzecz sezonowej) jest tu winna, a mało interesujące postacie
i nie najlepiej skonstruowana historia. Podaje przykład sceny z The Wire,
w której detektyw McNulty skręca łóżko z Ikei, lecz pomimo że jest ona długa i
niczego nie wnosi do akcji serialu, oglądamy ją z przyjemnością. Lecz po czyjejkolwiek stronie nie leżałaby racja, opisany wyżej
spór pokazuje pewną tendencję w telewizji, objawiającą się w nieustającymi poszukiwaniami ciekawych fabuł, pomysłów. Pozostaje mieć nadzieję, że ten rok obfitował będzie w ciekawe tytuły. Niestety jak do tej pory większość nowych produkcji rozczarowuje.
Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z:
- http://www.salon.com/2005/03/05/milch/
- Łukasz Twaróg, Idea społeczeństwa obywatelskiego w serial Deadwood, „Panoptikum” 10 (17)2011
- Jason P. Vest, Wire, Deadwood, Homicide, and NYPD Blue. Violence is Power, Preager, Santa Barbara, 2010,
- Horace Newcomb, Deadwood, [w:]The Essential HBO Reader, red. Gary R. Edgerton, Jeffrey P. Jones, The University Press of Kentucky, Kentucky 2008,
- Joseph Millichap, Robert Penn Warren, David Milch, and the literary Contexts of Deadwood, [w:] Reading Deadwood, red. David Lavery, I.B. Tauris, Londyn, 2006,
- Blake D. Ethridge, Baltimore on the Wire, [w:] It’s not TV: Watching HBO in the Post-television Era, red. Cara Louise Buckley, Routledge Taylor & Francis Group, Nowy Jork, 2008
- Jakub Majmurek, Mafia jako small business, [w:], Seriale, Przewodnik Krytyki Politycznej, Krytyka Polityczna, Warszawa-Gdańsk, 2010,
- Terri Carney, From here to In Finnerty, [w:] The Essential Sopranos Reader, red. David Lavery, Douglas L. Howard, Paul Levison, The University Press of Kentucky, Kentucky 2011,
- Joseph S. Walker, What’s Different between You and Me. Carmela, the Audience, and the End, [w:] The Essential Sopranos Reader, red. David Lavery, Douglas L. Howard, Paul Levison, The University Press of Kentucky, Kentucky 2011,
czwartek, 7 lutego 2013
It's all in the game...
Jak widać z powyższego opisu, który,
trzeba dodać, nie wyczerpuje wątków poruszanych w serialu, rozmach historii
pokazywanych w The Wire jest niespotykany wcześniej w telewizji. Jak
pisze Jason P. Vest: “Ten serial oferuje jeden z najpełniejszych,
autentycznych i najbardziej szczegółowych obrazów amerykańskiego miasta”,
a Brian G. Rose w rodziale poświęconym The Wire w zbiorze The
Essential HBO Reader pisze tak: “zasięg politycznych, społecznych i
ekonomicznych pytań stawianych przez The Wire był uderzająco
niekonwencjonalny, szczególnie w porównaniu z innymi serialowymi telewizjami,
gdzie określone zasady i podejście do kręcenia (nawet w HBO) mają tendencję do
trwania. The Wire zakwestionował te założenia na wielu frontach. To, jak
korzystał z podstawowych elementów takich jak postać, narracja czy styl”. I
faktycznie, The Wire jak na obowiązujące w telewizji standardy był
bardzo nietypowy. Jak większość produkcji telewizyjnych, bazował na
konkretnym gatunku filmowym czy telewizyjnym. W tym przypadku był to serial
policyjny. Lecz The Wire, to nie kolejna produkcja, w której dręczony
dokonanymi w przeszłości decyzjami i bieżącymi problemami policjant, pomimo
postępującego alkoholizmu jest w stanie samodzielnie rozpracować i aresztować
grupę przestępców. Brian G. Rose tak o tym pisze: “ The Wire był
otwartym atakiem na najbardziej zasłużony z telewizyjnych gatunków, jakim był
serial policyjny”.
Na czym więc ten atak polegał? Przede wszystkim The Wire miał
konstrukcję przypominającą bardziej utwór literacki, który z powodu braku
ograniczeń czasowych może nieśpiesznie rozwijać swoją fabułę. David Simon,
twórca serialu, wielokrotnie mówił, że “The Wire był pomyślany jako
powieść wizualna”.
I dlatego właśnie podział na odcinki był podyktowany bardziej ograniczeniami
czasowymi, a nie jak to ma miejsce w przypadku znakomitej większości
telewizyjnych produkcji. Tak o tym pisze Brian G. Rose: “zrezygnowano z
jednogodzinnych rozwiązań i łatwych zawierających tryumf sprawiedliwości
wytłumaczeń dostarczanych na koniec poszczególnych odcinków”.
Łuki narracyjne jakie oferował The Wire potrafiły łączyć ze sobą odcinki
oddalone od siebie o kilkanaście godzin, a ilość znaczących postaci
przewijających się przez serial była ogromna. Tak o tym pisze na swoim blogu
JustTV Jason Mittell we wpisie The Qualities of
Complexity: Aesthetic Evaluation in Contemporary Television: “pilotażowy
odcinek wprowadza więcej niż dwa tuziny znaczących postaci, które będą później
powracać. W sumie w samym pierwszym sezonie pojawia się ich sześćdziesiąt”. Ta liczba robi z pewnością wrażenie, ale zaznaczyć tu trzeba, że tylko
nieliczni bohaterowie przewijają się przez wszystkie sezony, grając w nich role
o różnym stopniu ważności.
Inną
specyficzną cechą tej produkcji jest jej stylistyka. Wielu krytyków, między
innymi David Bordwell, zwracało uwagę na pewną stylistyczną archaiczność
cechującą serial. Jason Mittel na swoim blogu wymienia następujące cechy:
niewidoczna, właściwie przeźroczysta kamera stylu zerowego, linearna,
realistycznie poprowadzona narracja bez wyraźnego podziału na odcinki. Kolejną
cechą jest brak niediegetycznej muzyki. Od tej zasady są w serialu trzy wyjątki
w postaci scen finałowych serii. Norweski wykładowca Uniwersytetu w Bergen w
swojej wideo analizie Style in the Wire dostrzega siłę w konsekwentnym stosowaniu takich rozwiązaniach. Zwraca też
uwagę na fakt, że The Wire bardzo świadomie korzysta z technik kina
dokumentalnego takich jak POV (Point of View), ujęcia kamer przemysłowych czy
mała ilość cięć montażowych. Dzięki tym zabiegom, zdaniem Lavika, serial nie
epatuje imponującymi rozwiązaniami, nie odwraca uwagi pracą kamery czy
gwałtownym montażem, a buduje poczucie autentyczności.
Serial
The Wire był bez wątpienia nietypową produkcją telewizyjną, co
próbowałem pokazać powyżej. Wydaje mi się, że dobrym uzupełnieniem będzie
opisana przez Briana G. Rose następująca sytuacja : “krytycy telewizyjni nie
otrzymali do recenzowania samego pilota, ale też następne cztery odcinki, żeby
mogli lepiej zrozumieć szeroki zakres i skomplikowaną fabułę serialu”.
Rozwiązanie to odniosło skutek i The Wire otrzymał bardzo pozytywne
recenzje i cieszył się uznaniem, otrzymując wiele nagród, w tym prestiżową
Peabody Award w 2003 roku. The Wire bez wątpienia pokazał, że produkcja
telewizyjna nie musi epatować szybką narracją czy dynamicznym montażem, że
nieśpieszne tempo, mnogość ciekawych, wielowymiarowych bohaterów i drobiazgowe oddanie świata przedstawionego również może
cieszyć się dużym zainteresowaniem.
Przy pisaniu tego tekstu korzystałem:
- Jason P. Vest, Wire, Deadwood, Homicide, and NYPD Blue. Violence is Power, Preager, Santa Barbara, 2010, s. 171
- Brian G. Rose, The Wire, [w:], The Essential HBO Reader, red. Gary R. Edgerton, Jeffrey P. Jones, The University Press of Kentucky, Kentucky 2008, p. 86
- http://justtv.wordpress.com/2011/12/15/the-qualities-of-complexity-aesthetic-evaluation-in-contemporary-television/#_edn12, 6 czerwca 2012
- http://vimeo.com/39768998, 6 czerwca 2012
- It’s not TV: Watching HBO in the Post-television Era, red. Cara Louise Buckley, Routledge Taylor & Francis Group, Nowy Jork, 2008, s. 155
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)