Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Raven that refused to sing. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Raven that refused to sing. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 lutego 2013

Kruk jednak zaśpiewał


Na nową płytę Stevena Wilsona czekałem z równie wielkimi nadziejami, co obawami. Nadziejami, bo filmiki, które zamieszczał co jakiś czas w sieci dokumentujące postępy prac w studio były niezwykle interesujące. Obawami, bo poprzednia solowa płyta Grace for drowning nie należy do moich ulubionych, a wręcz momentami po prostu męczy. Mój obraz płyty nie poprawił też dość przeciętny jak na Wilsona koncert, na którym wizualne sztuczki gitarzysty (lasery na palcach) i trochę męczący artyzm (granie za zasłoną, półgodzinne mruczenie) raczej męczyły, niż budowały atmosferę. Na szczęście kiedy przesłuchałem po raz pierwszy najnowszego dzieła Stephena odetchnąłem z ulgą - od pierwszego momentu urzeka klimatycznymi, baśniowymi utworami i wirtuozerią zaproszonych do udziału muzyków.

Na płycie mamy sześć utworów, których przeciętna długość oscyluje w okolicach dziesięciu minut. Większość z nich posiada przyjemne dla ucha melodie, które szybko przechodzą w pogranicze rocka progresywnego i jazzu. Lecz najnowsze dzieło Wilsona to nie tylko muzyka, to także słowa. Każda z piosenek opowiada inną niesamowitą historię, której muzyka jest nierozerwalną częścią - tak jak na przykład w tytułowym The raven that refused to sing czy moim ulubionym utworze The Watchmaker, w  którym klimat muzyczny zmienia się wraz z opowiadaną baśnią, to urzekając melodią, to przerażając nieprzyjemnymi, mrocznymi dźwiękami.

Wersja kolekcjonerska płyty ma się ukazać wraz z dość grubą książką zawierającą tak opowiedziane na płycie historie, jak inne, nie znane jeszcze. Nie mogę się doczekać, kiedy znajdzie się na mojej półce.

Poniżej tytułowy utwór z płyty wraz z teledyskiem. 

środa, 9 stycznia 2013

Steven Wilson - kruk, który nie chciał śpiewać

Artystę tego poznałem dość dawno, bo na pierwszym lub drugim roku anglistyki, a to było tak tak dawno, że aż w odległej galaktyce chyba. Ukazała się wtedy płyta Fear of a blank planet, którą nagrał ze swoim głównym zespołem, czyli z Porcupine tree. Na płycie jest sześć utworów. Nieczęsto się to zdarza, ale już po pierwszym przesłuchaniu albumu wiedziałem, że to jest to. Podobało mi się w nim absolutnie wszystko, od melodyjności, przez potężne, ciężkie brzmienie gitar w mocniejszych fragmentach, po melancholijne, smutne teksty, które towarzyszą tym rozbudowanym, ciekawym utworom. 



Żeby nie być gołosłownym poniżej wklejam linka do najdłuższego z kawałków na płycie - Anesthetize.



W tym utworze jest wszytko, cała kwintesencja zespołu, który tam gdzie trzeba, potrafi uderzyć mocniej, w innym miejscu uwieść melodią i harmonijnymi wokalami, a czasem za serce złapać melancholią i ogólną nerdowatością wszystkich bez wyjątku członków zespołu. No i oczywiście jest też promieniejący dobrym samopoczuciem uśmiechnięty basista w berecie i sam goło stopy wulkan energii - Steven Wilson. Bo to właśnie on niepodzielnie króluje na scenie, jak magnes przyciągając spojrzenie i nie pozwala nawet na chwilę oderwać wzroku. Gdy pierwszy raz zobaczyłem go na żywo, skojarzył mi się z Kurtem Cobainem i jego żywiołowością, złością i tłamszonymi wewnątrz emocjami. I choć Nirvanę i Porki dzieli właściwie wszytko, właśnie ta emocjonalność projektów Stevena Wilsona wydaje mi się jego najmocniejszą stroną. Bo to właśnie jej tak często brakuje innym twórcom progresywnej części sceny rockowej, gdzie uczucia niestety bardzo często zastępowane są przez perfekcjonizm techniczny. 

Niestety nic nie trwa wiecznie i zespół chwilowo zawiesił działalność, na jak długo nie wiem. Sam Wilson często się udziela, a to w bardziej popowym Blackfieldzie, a to z Mikaelem Åkerfeldtem w Storm Corrosion  czy wreszcie we własnych projektach, czego najnowszy efekt w postaci mającej się ukazać płyty będzie można wkrótce posłuchać. Tytuł jest zachęcający - The raven that refused to sing, a materiały z nagrań, które można znaleźć w sieci zapowiadają naprawdę ciekawy album. Lecz, jak to pięknie zostało ujęte we Wróżkach chrzestnych, nic nie jest w stanie zapełnić pustki i oczekiwanie na powrót Porków staje się z każdym projektem Wilsona coraz bardziej męczące.