Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Wire. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Wire. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 lutego 2013

It's all in the game...


     Okres, który nastał po sukcesie The Sopranos, nazywany jest często złotym okresem dla seriali telewizyjnych, a dla HBO w szczególności. W ramówce niemalże każdej stacji pojawiały się interesujące pozycje, które cechowała narracyjna złożoność, o której pisał Jason Mittell - balansowanie między odcinkiem a sezonem jako jednostką narracyjną, spójność stylistyczna i wysoka jakość produkcji, nie często pojawiająca się wcześniej w telewizji. Wymienić tu można na przykład The Shield (FX, 2002), Lost (ABC, 2004), czy 24 (FOX, 2001). W takiej sytuacji HBO, żeby odróżnić się jakoś od konkurencji i zachować uzyskaną dopiero co pozycję, musiała zaproponować swoim subskrybentom coś innego. I tak w 2002 roku na ekranach telewizorów pojawił się The Wire, serial, który często nazywany jest wyjątkowym wśród innych produkcji.


         Akcja każdego z pięciu sezonów dotyczy innego wycinka życia Baltimore i łączy ją kilka postaci, które przewijają się przez całą historię. Pierwszy koncentruje się na problemach dzielnicy bloków socjalnych, w których otrzymywali mieszkanie biedni Afroamerykanie. A problemów jest niemało: handel narkotykami, zorganizowana przestępczość, zwłaszcza wśród nieletnich oraz wiele innych. Akcja drugiego sezonu przenosi się do doków, zdominowanych przez pracowników polskiego pochodzenia, którzy tworzą zamkniętą społeczność, rządzoną przez związki zawodowe. W trzecim fabuła koncentruje się wokół eksperymentu społecznego przeprowadzonego przez jednego z wyższych rangą policjantów – majora Howarda Colvina, który postanowił zdepenalizować obrót narkotykami w obrębie jednej, położonej na uboczu dzielnicy. Czwarty sezon koncentruje się na problemach młodzieży i systemu szkolnictwa, który nie jest w stanie powstrzymać młodych ludzi przed zasilaniem szeregów gangów. Piąty, ostatni skupia się na mediach i polityce.


            Jak widać z powyższego opisu, który, trzeba dodać, nie wyczerpuje wątków poruszanych w serialu, rozmach historii pokazywanych w The Wire jest niespotykany wcześniej w telewizji. Jak pisze Jason P. Vest: “Ten serial oferuje jeden z najpełniejszych, autentycznych i najbardziej szczegółowych obrazów amerykańskiego miasta”, a Brian G. Rose w rodziale poświęconym The Wire w zbiorze The Essential HBO Reader pisze tak: “zasięg politycznych, społecznych i ekonomicznych pytań stawianych przez The Wire był uderzająco niekonwencjonalny, szczególnie w porównaniu z innymi serialowymi telewizjami, gdzie określone zasady i podejście do kręcenia (nawet w HBO) mają tendencję do trwania. The Wire zakwestionował te założenia na wielu frontach. To, jak korzystał z podstawowych elementów takich jak postać, narracja czy styl”I faktycznie, The Wire jak na obowiązujące w telewizji standardy był bardzo nietypowy. Jak większość produkcji telewizyjnych, bazował na konkretnym gatunku filmowym czy telewizyjnym. W tym przypadku był to serial policyjny. Lecz The Wire, to nie kolejna produkcja, w której dręczony dokonanymi w przeszłości decyzjami i bieżącymi problemami policjant, pomimo postępującego alkoholizmu jest w stanie samodzielnie rozpracować i aresztować grupę przestępców. Brian G. Rose tak o tym pisze: “ The Wire był otwartym atakiem na najbardziej zasłużony z telewizyjnych gatunków, jakim był serial policyjny”

Na czym więc ten atak polegał? Przede wszystkim The Wire miał konstrukcję przypominającą bardziej utwór literacki, który z powodu braku ograniczeń czasowych może nieśpiesznie rozwijać swoją fabułę. David Simon, twórca serialu, wielokrotnie mówił, że “The Wire był pomyślany jako powieść wizualna”. I dlatego właśnie podział na odcinki był podyktowany bardziej ograniczeniami czasowymi, a nie jak to ma miejsce w przypadku znakomitej większości telewizyjnych produkcji. Tak o tym pisze Brian G. Rose: “zrezygnowano z jednogodzinnych rozwiązań i łatwych zawierających tryumf sprawiedliwości wytłumaczeń dostarczanych na koniec poszczególnych odcinków”. Łuki narracyjne jakie oferował The Wire potrafiły łączyć ze sobą odcinki oddalone od siebie o kilkanaście godzin, a ilość znaczących postaci przewijających się przez serial była ogromna. Tak o tym pisze na swoim blogu JustTV Jason Mittell we wpisie The Qualities of Complexity: Aesthetic Evaluation in Contemporary Television: “pilotażowy odcinek wprowadza więcej niż dwa tuziny znaczących postaci, które będą później powracać. W sumie w samym pierwszym sezonie pojawia się ich sześćdziesiąt”Ta liczba robi z pewnością wrażenie, ale zaznaczyć tu trzeba, że tylko nieliczni bohaterowie przewijają się przez wszystkie sezony, grając w nich role o różnym stopniu ważności. 

Inną specyficzną cechą tej produkcji jest jej stylistyka. Wielu krytyków, między innymi David Bordwell, zwracało uwagę na pewną stylistyczną archaiczność cechującą serial. Jason Mittel na swoim blogu wymienia następujące cechy: niewidoczna, właściwie przeźroczysta kamera stylu zerowego, linearna, realistycznie poprowadzona narracja bez wyraźnego podziału na odcinki. Kolejną cechą jest brak niediegetycznej muzyki. Od tej zasady są w serialu trzy wyjątki w postaci scen finałowych serii. Norweski wykładowca Uniwersytetu w Bergen w swojej wideo analizie Style in the Wire dostrzega siłę w konsekwentnym stosowaniu takich rozwiązaniach. Zwraca też uwagę na fakt, że The Wire bardzo świadomie korzysta z technik kina dokumentalnego takich jak POV (Point of View), ujęcia kamer przemysłowych czy mała ilość cięć montażowych. Dzięki tym zabiegom, zdaniem Lavika, serial nie epatuje imponującymi rozwiązaniami, nie odwraca uwagi pracą kamery czy gwałtownym montażem, a buduje poczucie autentyczności.

Wielu badaczy mediów zwraca też uwagę na nawiązania do greckich tragedii, w których los poszczególnych bohaterów zależny jest od kaprysu wszechpotężnych bogów. Tak o tym pisze Blake D. Ethridge w tekście Baltimore on the Wire wchodzącym w skład cytowanego już zbioru It’s not TV... The Wire skonstruowany jest jak grecka tragedia. Jeśli zastąpić koncepcję starych greckich bogów postmodernistycznymi instytucjami takimi jak departament policji, przestępczymi organizacjami rozprowadzającymi narkotyki, rządem, związkami zawodowymi, kościołem katolickim, przedsiębiorstwem energetycznym, nawarstwiają się instytucje determinujące zachowanie jednostek w społeczeństwie”. Dobrze pokazują to dwie sceny serialu. W pierwszej z nich D’Angelo, średniego szczebla członek gangu, tłumaczy młodszym kolegom grę w szachy. Żeby łatwiej im było zrozumieć, porównuje figury do struktury organizacyjnej. Podkreśla jak niewielkie znaczenie dla gry mają pionki, których najwięcej jest w grze. Młodzi gangsterzy nie chcą pogodzić się z tak opisaną rzeczywistością, jednak widz widzi bez trudu po czyjej stronie leży racja. Kilka odcinków później twórcy znów sięgają do szachów. W jednej z finałowych scen widzimy policjantów po nieudanej akcji, do której prowadziła fabuła całego sezonu. Przyczyną porażki była decyzja wysoko postawionego policjanta, który szybko potrzebował spektakularnego sukcesu, przez co poszła na marne wielomiesięczna, mrówcza praca, której widz był świadkiem przez kilkanaście godzin pierwszego sezonu. W ujęciu o którym piszę, na drugim planie widzimy policjantów ze spuszczonymi głowami po zakończonej akcji. Na pierwszym planie widoczna jest szachownica, na której pionki poruszane są dłońmi niewidocznych graczy. Scena ta jest tak sfilmowana, że widz ma wrażenie, że policjanci są kolejnymi pionkami na planszy, poruszanymi przez siły dużo potężniejsze od jednostek.

Serial The Wire był bez wątpienia nietypową produkcją telewizyjną, co próbowałem pokazać powyżej. Wydaje mi się, że dobrym uzupełnieniem będzie opisana przez Briana G. Rose następująca sytuacja : “krytycy telewizyjni nie otrzymali do recenzowania samego pilota, ale też następne cztery odcinki, żeby mogli lepiej zrozumieć szeroki zakres i skomplikowaną fabułę serialu”. Rozwiązanie to odniosło skutek i The Wire otrzymał bardzo pozytywne recenzje i cieszył się uznaniem, otrzymując wiele nagród, w tym prestiżową Peabody Award w 2003 roku. The Wire bez wątpienia pokazał, że produkcja telewizyjna nie musi epatować szybką narracją czy dynamicznym montażem, że nieśpieszne tempo, mnogość ciekawych, wielowymiarowych bohaterów i drobiazgowe oddanie świata przedstawionego również może cieszyć się dużym zainteresowaniem.

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem:

  1. Jason P. Vest, Wire, Deadwood, Homicide, and NYPD Blue. Violence is Power, Preager, Santa Barbara, 2010, s. 171
  2. Brian G. Rose, The Wire, [w:], The Essential HBO Reader, red. Gary R. Edgerton, Jeffrey P. Jones, The University Press of Kentucky, Kentucky 2008, p. 86
  3. http://justtv.wordpress.com/2011/12/15/the-qualities-of-complexity-aesthetic-evaluation-in-contemporary-television/#_edn12, 6 czerwca 2012
  4. http://vimeo.com/39768998, 6 czerwca 2012             
  5. It’s not TV: Watching HBO in the Post-television Era, red. Cara Louise Buckley, Routledge Taylor & Francis Group, Nowy Jork, 2008, s. 155


środa, 16 stycznia 2013

Rewolucja w telewizji Alana Sepinwalla

The revolution was televised Alana Sepinwalla to kawał dobrze napisanej książki o telewizji. Tytuł nawiązuje do The television will be revolutionized  Amandy D. Lotz, lecz o ile ta poświęcona jest głównie przejściu telewizji od ery sieci do post sieci i zmianom samego medium, o tyle Sepinwall bardziej skupia się na zmianach w sposobach narracji i opisywaniu konkretnych programów.  U niego także nie brak analiz, choć w większości zawiera ona anegdoty i fragmenty wywiadów z twórcami telewizyjnymi.

Celem autora było opisanie seriali telewizyjnych, które zrewolucjonizowały współczesną telewizję oraz próba opisania na czym ta rewolucja polegała.  I tak mamy tu możliwość przeczytania o takich kamieniach milowych, jak największe produkcje HBO - OZ, Rodzina Soprano, The Wire czy Deadwood. W dalszej części autor poświęca miejsce takim serialom jak The Shield, Lost czy Buffy postrach wampirów czy 24 i Battlestar Galactica by zakończyć na nowszych produkcjach - Friday Night Lights, Mad men i Breaking bad

Z dużą przyjemnością muszę przyznać, że lista seriali, które autor opisał, pokrywa się niemalże w stu procentach z moimi ulubionymi produkcjami, więc rozpocząłem czytanie z wielką ciekawością, tym bardziej, że autora zdążyłem już wcześniej poznać z bardzo ciekawego podcastu poświęconego telewizji - Firewall and Iceberg, który prowadzi wraz z Danielem Fienbergiem. Książkę czyta się szybko. Napisana jest stosunkowo prostym językiem i nie ma ona cech publikacji naukowej. Jest ona próbą ukazania opisywanych seriali w szerszym kontekście oraz zastanowienia się, na czym polegała ich przełomowość i w jaki sposób odcisnęły one swoje piętno na późniejszych produkcjach. Autor posiada bogatą bibliotekę wywiadów, tak przeprowadzonych na potrzebę tej książki, jak wcześniejszych, które powstały w efekcie jego pracy w charakterze dziennikarza piszącego o telewizji. 

Wśród wielu ciekawych informacji, w największe zdziwienie wprawił mnie rozdział poświęcony Deadwood i metody pracy jego twórcy - Davida Milcha. Serial ten będący osadzoną w realiach dzikiego zachodu, silnie zakorzenioną w historii opowieścią o formowaniu się państwa, funkcjonowaniu jednostek w społeczności, w której żadne formalne prawo nie obowiązuje, o swego rodzaju umowie społecznej i jakkolwiek górnolotnie by to nie brzmiało, o ludzkiej naturze. Dodać należy, że serial posługuje się niezwykle, hmmm, nazwijmy go barwnym i wyszukanym, niemalże poetyckim, literackim językiem, a nakręcony został z niezwykłą wręcz dbałością o każdy szczegół - odnosi się to zarówno do aktorstwa, jak i niebywale szczegółowej dekoracji. Jak większość produkcji HBO z tamtego okresu operuje rozbudowanymi łukami narracyjnymi, rozciągniętymi często na cały sezon, a czasem nawet wychodzącymi poza jego granice. Wydawać by się mogło, że przy serial ten, jak żaden inny miał precyzyjnie napisany scenariusz. Nic bardziej mylnego.

Autor książki poświęca wiele miejsca do nakreślenia sylwetki Davida Milcha, opisania jego problemów z najróżniejszymi używkami, hazardem, które połączył z niebywałą wiedzą i pasją wykładowcy akademickiego, którego praca w charakterze twórcy i wszechpotężnego scenarzysty serialu przyprawiła o ból głowy niejednego dyrektora telewizji. Bo warto dodać, że Milch to nie tylko autor Deadwood, ale także osoba, która stała za tak docenionymi przez krytykę i publiczność serialami, jak NYPD Blue czy Hill Street Blues

Alan Sepinwall pisze, że właściwy scenariusz powstał tylko do czterech pierwszych odcinków pierwszego sezonu Deadwood. Czterech! Praca przy każdym z następnych polegała na tym, że Milch złożony bólem pleców leżał na podłodze dyktując sceny sekretarce na kilka minut przed kręceniem, tak że aktorzy uczyli się tekstu już na planie, tuż przed zdjęciami, które często nie powstawały w porządku chronologicznym. A każdy, kto widział choć jeden odcinek serialu wie, jak trudnym językiem Milch operuje. Jak to możliwe, że z takiego chaosu powstało tak spójne dzieło? Tego nie wiedział chyba nikt, a odpowiedzialni za ten serial ludzie z HBO zgrzytając zębami załamywali ręce, bo nikt nie miał żadnych papierów, żadnych śladów tego, co miało być kręcone. Ale to wszystko wbrew logice działało. I to jeszcze jak!

Historii takich jak ta w książce Alana Sepinwalla nie brakuje. Obszerne rozdziały ciekawie kreślą artystyczne sylwetki takich ludzi jak David Chase, David Simon czy Shaun Ryan, a poczucie humoru i lekkie pióro, sprawiają, że książka jest świetną lekturą. Z drugiej strony analizy, które autor oferuje czasem wydają się być zbyt osobiste i nie mające specjalnego znaczenia dla czytelnika. Przykładem może tu być próba rozwiązania zagadki słynnego finału Rodziny Soprano, w której autor wpierw przedstawia różne punkty widzenia, by na końcu wyjawić swój własny - jednak cały czas zastrzegając, że właściwie wszystkie one są równie prawdopodobne i koniec końców, przyznaje, że tak naprawdę nic nie wiadomo. Dużo ciekawiej wypadają tu przytaczane w tekście słowa twórcy i ludzi związanych z serialem. Wydaje mi się, że ten i niektóre, podobne fragmenty książki, nie wnosząc nic, odciągają czytelnika od najciekawszych części, czyli rozmów z ludźmi, którzy stoją za rewolucją w telewizji oraz prób umieszczania opisywanych seriali w szerszym kontekście. 

Podsumowując, książka Sepinwalla jest pozycją bardzo ciekawą i godną polecenia dla każdego zainteresowanego tematyką telewizji. Polecam.