czwartek, 17 stycznia 2013

Zabójcze ryjówki w Muranowie


DKF w kinie Muranów z cyklu najgorszych filmów świata był przeżyciem wyjątkowym pod wieloma względami. Po pierwsze sala zapełniona była do ostatniego fotela i niektórzy siedzieli na dostawionych krzesełkach. Ogólnie radosna atmosfera udzielała się wszystkim i podczas krótkiego wprowadzenia co chwilę wybuchały salwy śmiechu, a gdy w końcu zapadła ciemność i na ekranie pojawiły się otwierające seans napisy, przez salę przetoczyło się głośne PSSSST otwieranych jednocześnie butelek z piwem.


Sam film jak nie trudno się domyślić, do najlepszych nie należał, ba był tak zły, że pomimo, że próbował wyglądać niezwykle poważnie i przerażająco, widownia kwitowała salwami śmiechu co bardziej brawurowe wyczyny przebranych za wściekłe ryjówki psów czy grę oczami pięknej, lecz niezbyt aktorsko uzdolnionej miss Szwecji. Mi osobiście najbardziej do gustu przypadły dialogi, które aktorzy recytowali drewnianymi głosami i zaskakujące rozwiązanie, błyskotliwe w swojej absolutnej absurdalności - bomba!

Tym bardziej cieszy informacja o drugiej części, która w tym roku ma trafić na nasze ekrany. Czy uda jej się godnie kontynuować klimat oryginału? Mam nadzieję, że tak.


środa, 16 stycznia 2013

Rewolucja w telewizji Alana Sepinwalla

The revolution was televised Alana Sepinwalla to kawał dobrze napisanej książki o telewizji. Tytuł nawiązuje do The television will be revolutionized  Amandy D. Lotz, lecz o ile ta poświęcona jest głównie przejściu telewizji od ery sieci do post sieci i zmianom samego medium, o tyle Sepinwall bardziej skupia się na zmianach w sposobach narracji i opisywaniu konkretnych programów.  U niego także nie brak analiz, choć w większości zawiera ona anegdoty i fragmenty wywiadów z twórcami telewizyjnymi.

Celem autora było opisanie seriali telewizyjnych, które zrewolucjonizowały współczesną telewizję oraz próba opisania na czym ta rewolucja polegała.  I tak mamy tu możliwość przeczytania o takich kamieniach milowych, jak największe produkcje HBO - OZ, Rodzina Soprano, The Wire czy Deadwood. W dalszej części autor poświęca miejsce takim serialom jak The Shield, Lost czy Buffy postrach wampirów czy 24 i Battlestar Galactica by zakończyć na nowszych produkcjach - Friday Night Lights, Mad men i Breaking bad

Z dużą przyjemnością muszę przyznać, że lista seriali, które autor opisał, pokrywa się niemalże w stu procentach z moimi ulubionymi produkcjami, więc rozpocząłem czytanie z wielką ciekawością, tym bardziej, że autora zdążyłem już wcześniej poznać z bardzo ciekawego podcastu poświęconego telewizji - Firewall and Iceberg, który prowadzi wraz z Danielem Fienbergiem. Książkę czyta się szybko. Napisana jest stosunkowo prostym językiem i nie ma ona cech publikacji naukowej. Jest ona próbą ukazania opisywanych seriali w szerszym kontekście oraz zastanowienia się, na czym polegała ich przełomowość i w jaki sposób odcisnęły one swoje piętno na późniejszych produkcjach. Autor posiada bogatą bibliotekę wywiadów, tak przeprowadzonych na potrzebę tej książki, jak wcześniejszych, które powstały w efekcie jego pracy w charakterze dziennikarza piszącego o telewizji. 

Wśród wielu ciekawych informacji, w największe zdziwienie wprawił mnie rozdział poświęcony Deadwood i metody pracy jego twórcy - Davida Milcha. Serial ten będący osadzoną w realiach dzikiego zachodu, silnie zakorzenioną w historii opowieścią o formowaniu się państwa, funkcjonowaniu jednostek w społeczności, w której żadne formalne prawo nie obowiązuje, o swego rodzaju umowie społecznej i jakkolwiek górnolotnie by to nie brzmiało, o ludzkiej naturze. Dodać należy, że serial posługuje się niezwykle, hmmm, nazwijmy go barwnym i wyszukanym, niemalże poetyckim, literackim językiem, a nakręcony został z niezwykłą wręcz dbałością o każdy szczegół - odnosi się to zarówno do aktorstwa, jak i niebywale szczegółowej dekoracji. Jak większość produkcji HBO z tamtego okresu operuje rozbudowanymi łukami narracyjnymi, rozciągniętymi często na cały sezon, a czasem nawet wychodzącymi poza jego granice. Wydawać by się mogło, że przy serial ten, jak żaden inny miał precyzyjnie napisany scenariusz. Nic bardziej mylnego.

Autor książki poświęca wiele miejsca do nakreślenia sylwetki Davida Milcha, opisania jego problemów z najróżniejszymi używkami, hazardem, które połączył z niebywałą wiedzą i pasją wykładowcy akademickiego, którego praca w charakterze twórcy i wszechpotężnego scenarzysty serialu przyprawiła o ból głowy niejednego dyrektora telewizji. Bo warto dodać, że Milch to nie tylko autor Deadwood, ale także osoba, która stała za tak docenionymi przez krytykę i publiczność serialami, jak NYPD Blue czy Hill Street Blues

Alan Sepinwall pisze, że właściwy scenariusz powstał tylko do czterech pierwszych odcinków pierwszego sezonu Deadwood. Czterech! Praca przy każdym z następnych polegała na tym, że Milch złożony bólem pleców leżał na podłodze dyktując sceny sekretarce na kilka minut przed kręceniem, tak że aktorzy uczyli się tekstu już na planie, tuż przed zdjęciami, które często nie powstawały w porządku chronologicznym. A każdy, kto widział choć jeden odcinek serialu wie, jak trudnym językiem Milch operuje. Jak to możliwe, że z takiego chaosu powstało tak spójne dzieło? Tego nie wiedział chyba nikt, a odpowiedzialni za ten serial ludzie z HBO zgrzytając zębami załamywali ręce, bo nikt nie miał żadnych papierów, żadnych śladów tego, co miało być kręcone. Ale to wszystko wbrew logice działało. I to jeszcze jak!

Historii takich jak ta w książce Alana Sepinwalla nie brakuje. Obszerne rozdziały ciekawie kreślą artystyczne sylwetki takich ludzi jak David Chase, David Simon czy Shaun Ryan, a poczucie humoru i lekkie pióro, sprawiają, że książka jest świetną lekturą. Z drugiej strony analizy, które autor oferuje czasem wydają się być zbyt osobiste i nie mające specjalnego znaczenia dla czytelnika. Przykładem może tu być próba rozwiązania zagadki słynnego finału Rodziny Soprano, w której autor wpierw przedstawia różne punkty widzenia, by na końcu wyjawić swój własny - jednak cały czas zastrzegając, że właściwie wszystkie one są równie prawdopodobne i koniec końców, przyznaje, że tak naprawdę nic nie wiadomo. Dużo ciekawiej wypadają tu przytaczane w tekście słowa twórcy i ludzi związanych z serialem. Wydaje mi się, że ten i niektóre, podobne fragmenty książki, nie wnosząc nic, odciągają czytelnika od najciekawszych części, czyli rozmów z ludźmi, którzy stoją za rewolucją w telewizji oraz prób umieszczania opisywanych seriali w szerszym kontekście. 

Podsumowując, książka Sepinwalla jest pozycją bardzo ciekawą i godną polecenia dla każdego zainteresowanego tematyką telewizji. Polecam.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Grrrr.... banner



Dziś tylko filmik, który od kilku godzin, bez powodzenia próbuję wrzucić jako banner tego blogu. No ale nic, może w końcu się uda. Podoba wam się?

niedziela, 13 stycznia 2013

Najlepsze seriale, obejrzane w 2012 roku

Najlepsze pięć seriali obejrzanych w ubiegłym roku, mojem skromnem zdaniem:


1. Terriers (FX) - choć nie jest to serial, który obecny był na ekranach w ubiegłym roku, to był na tyle dobry, że wciąż do niego powracam i nie mogę przeboleć, że został zdjęty z ramówki stacji. Nie jestem w stanie zrozumieć, jak można było mając tak fantastyczny scenariusz, rewelacyjnie obsadzoną parę głównych aktorów pomiędzy, którymi aż iskrzyło, świetne dialogi, ciekawe zwroty akcji, Shauna Ryana wśród twórców, no jak można było mając to wszystko po prostu ten serial porzucić.
Ale zatrzymajmy się przy tym, co powstało. Mamy inteligentnie zbudowaną fabułę, która rozwija się przez trzynaście odcinków. Główni bohaterowie to para prywatnych detektywów, z których jeden jest byłym policjantem, drugi byłym złodziejem. Razem rozwiązują zagadki kryminalne, często w niekonwencjonalny sposób. W serialu czuć echa chandlerowskiej prozy, pobrzmiewające w pełnych cwaniackiego humoru  dialogach i osadzeniu akcji gdzieś pomiędzy szczytami elit kalifornijskiego społeczeństwa, a jego samymi dołami. Wyraźnie też czuć rękę Shauna Ryana - twórcy jednej z najlepszych historii opowiedzianych w telewizji - The Shield. Więc czemu tak udany serial nie doczekał się kontynuacji?

PS. Na pocieszenie artykuł 


2. Louie (FX) - kiedy w 2010 roku telewizja FX wyemitowała pierwszy odcinek tego serialu, nigdy o Louiem CK nie słyszałem. Na pierwszy odcinek  trafiłem przypadkiem i było to absolutne objawienie. Od tamtego czasu z niecierpliwością oczekuję kolejnych i jeszcze żaden mnie nie zawiódł, a już zwłaszcza w roku ubiegłym. To był fantastyczny sezon dla Louiego. Mamy w nim okazję zobaczyć takie osobistości jak David Lynch czy Robin Williams. Serial łączy w sobie opowieść o trudach pracy zawodowego komika, samotnego życia, wychowywania dwóch córek i kto wie czego jeszcze. Towarzyszy temu abstrakcyjny humor, nieoczekiwane pomysły realizacyjne. Bo trzeba dodać, że Louie CK to nie tylko występujący w głównej roli aktor, ale też scenarzysta, reżyser, montażysta... Na tym pewnie nie koniec. Ma on całkowitą władzę nad swoim dziełem i jeśli uzna, że chce tak naprawdę zrobić trzy odcinkowy film, jak w przypadku opowieści o zajęciu miejsca Davida Lettermana, to to robi. Jeśli nagle chce zrobić nostalgiczną historyjkę o tym, czym jest męska przyjaźń, to wsiada z ekipą i leci do Miami. Albo do Chin. Albo do Iraku. Albo cały odcinek poświęci śmierci i przemijaniu. Wszystko to przyprawione wysoce niepoprawnym humorem. 


3. Bob's burgres (Fox) - to najciekawsza moim zdaniem animacja obecnie w telewizji. Podczas gdy Family guy, oraz jego mniej lub bardziej udane dzieci, coraz częściej wypada słabo, a The Simpsons wydają się dobrze czuć w swojej niszy, Bob's burgers całkowicie przełamał dotychczasowy kształt kreskówki opowiadającej o trudach życia rodzinnego. Objawia się to w swoistym kroku wstecz, powrotowi do dość tradycyjnego, konwencjonalnego sposobu opowiadania historii, z jednym, góra dwoma liniami fabularnymi, bez abstrakcyjnych pomysłów - jest niemalże realistyczny. Ale efekt takiego zabiegu daje fantastyczne rezultaty, a poszczególne odcinki są dzięki temu bardziej spójne. Lecz bez wątpienia najmocniejszą stroną tej produkcji jest poczucie humoru, które bardzo często zaskakuje nieoczekiwanymi skojarzeniami. Całości dopełnia bardzo ciekawa kreska.




4. Breaking bad (AMC) - flagowy serial AMC opowiadający o schodzącym na ciemną stronę mocy chemiku. W ubiegłym roku chyba zaszedł już tak daleko, jak to tylko możliwe, a wraz z nim emitująca serial stacja, która jeszcze kilka miesięcy każe nam czekać na ostateczne rozwiązanie tej historii, co gorsza umieszczając w ostatniej minucie ostatniego odcinka najbardziej oczekiwany i zarazem niezwykle rozbudzający ciekawość cliffhanger, jaki był do pomyślenia. Pół sezonu, które można było obejrzeć w ubiegłym roku z pewnością nie było najlepszymi odcinkami tego serialu (dlatego dopiero czwarte miejsce na mojej liście), ale nawet przy tym założeniu, Breaking bad jest jednym z najlepiej opowiedzianych, najlepiej zmontowanych, zagranych, sfilmowanych i zagranych seriali w telewizji. Czy będzie go można nazwać wielkim, zależy w dużej mierze od tych ośmiu odcinków, które wciąż jeszcze są przed nami. Ale biorąc pod uwagę opanowanie i rozsądek Vinca Gilligana, showrunnera tego serialu, mam ogromną nadzieję, że będzie dobrze. 

5. Comedians in cars getting coffee - dostępna w internecie produkcja Jerrego Seinfelda, w której ten niezwykle zamożny komik zaprasza swoich znajomych, też komików, na kawę. Udają się na nią różnymi samochodami z dużej kolekcji Jerrego. Pomysł prosty jak budowa cepa, ale dzięki ciekawym rozmówcom, wśród których pojawiają się takie osoby jak Ricky Gervais, Alec Baldwin czy Mel Brooks ogląda się to wyśmienicie. Niedawno dotarła do mnie informacja o kręceniu kolejnych odcinków. Nie mogę się doczekać. 

Do piątki nie załapały się, ale postaram się o nich wkrótce napisać: Treme (HBO), Justified (FX), World without end, Idiot abroad, Boardwalk empire (HBO) oraz Rising hope (Fox)

Justified, otwarcie sezonu



Wrócił jeden z najlepszych obecnie seriali, emitowany przez telewizję FX Justified. Jak większość, jeśli nie wszystkie, produkcje tej stacji jest to historia o męskich mężczyznach skierowana do tych mniej męskich przedstawicieli brzydkiej płci, którzy takowymi bardzo chcieliby być, ale trudy codzienności, a może po prostu brak czasu lub jakieś jeszcze inne kwestie, o których nawet nie warto wspominać im na to nie pozwalają. 

Akcja serialu, a zwłaszcza jego pierwszego sezonu oparta jest na opowiadaniu Elmore Leonarda zatytułowanego Fire in the hole. którego głównymi bohaterami jest para antagonistów - szeryf stanowy (US Marshal) Raylan Givens, w którego w serialu wciela się z wdziękiem Timothy Olyphant oraz wybuchowa mieszanka przestępcy i  kaznodziei - Boyd Crawder - w tej roli jak zawsze świetny Walton Goggins. Tłem wydarzeń jest małe miasteczko w Kentucky, gdzie czas zatrzymał się ponad sto lat temu, kiedy każdy problem można było rozwiązać przy pomocy pistoletu. Wszyscy mają tu broń palną, a na głowach kapelusze i tylko konie zastąpione zostały przez pickupy.

Przez trzy sezony serial trzymał poziom, sprawnie opowiadając swoją sensacyjną historię balansując pomiędzy westernowymi klimatami z mniej lub bardziej samotnym jeźdźcem, który zaprowadza porządek w miasteczku, stając w obronie biednych i uciśnionych, stawia czoła złym bandom, z lekko sentymentalną historią rodzinną i trudną przyjaźnią między dwoma przeciwnikami w tle. A wszystko to podane z dobrym żarcikiem, dużym dystansem, przyprawione melodyjnymi piosenkami. Serial ten nie stara się być niczym więcej niż dobrze opowiedzianą historią sensacyjną i przeważnie mu się to udaje. Czwarty sezon, który ruszył tydzień temu, zapowiada się równie dobrze, jak wcześniejsze. Widz od razu zostaje rzucony w wir wydarzeń, który ogląda się świetnie. Z niecierpliwością czekam na następne odcinki.

Dropkick Murphys - Róża w kształcie serca

Irlandzki folk punk odkryłem dzięki telewizji, a dokładniej dzięki The Shield, gdzie swoje kawałki miało zarówno Flogging Molly, jak i Dropkick Murphys. Od tamtego czasu oba zespoły towarzyszą mi i staram się śledzić ich nowe dokonania, co nie zawsze jest równie satysfakcjonujące, bo zarówno jedni, jak i drudzy w ostatnim czasie nagrywali raczej przeciętne płyty.

Z pewną nieśmiałością więc podchodziłem do najnowszego krążka w dorobku bostońskiej grupy, zatytułowanego Signed and Sealed in Blood. Przez kilka dni czekał on cierpliwie na swoją kolej, aż wreszcie przypadkiem usłyszałem piosenkę Rose tattoo. Jak kilka wcześniejszych utworów w dyskografii zespołu ma on niezwykle wpadającą w ucho linię melodyczną, typowe dla irlandzkiego folku instrumentarium doprawione charakterystycznym, zmęczonym, lekko zachrypniętym wokalem. Całości dopełniały przyprawione nutą nostalgii słowa. Po kilkudziesięciokrotnym przesłuchaniu tej piosenki byłem gotów zapoznać się z całym albumem. Wiązały się z tym pewne obawy, gdyż nauczony doświadczeniem, obawiałem się, że opisywana wyżej piosenka będzie raczej rodzynkiem na płycie, miłym dla ucha wyjątkiem, bo zespół przyzwyczaił raczej do surowych, wykrzyczanych utworów, za którymi raczej nie przepadam. Lecz było zgoła inaczej.



Na płycie mamy dwanaście zróżnicowanych utworów, które w przeważającej większości mają wpadające w ucho melodie, których słucha się z przyjemnością. Bynajmniej nie znaczy to, że bostończycy zawiesili pazury na kołku i że przeszli na jasną stronę rocka. W żadnym wypadku, to wciąż proste, podane w punkowym sosie utwory, w których wyraźnie słychać irlandzkie korzenie.

Po kilku przesłuchaniach moją uwagę zwróciły jeszcze trzy utwory: sentymentalny Jimmy Collins Wake, ostrzejszy My hero czy spokojniejszy End of the night, ale żadna z piosenek z płyty nie odrzuca i albumu dobrze słucha się jako całości. Pozycja godna polecenia dla wszystkich lubiących irlandzkie lub punkowe klimaty.




piątek, 11 stycznia 2013

Jack Reacher - Play it again Sam

Dzięki niezwykłej sile przekonywania, która zdolna była skruszyć nawet ból zmaltretowanego przez dentystę zęba, miałem okazję obejrzeć dziś wieczorem film Jack Reacher. Film, o którym nie wiedziałem absolutnie nic.


Już na samym początku, kiedy pojawiły się pierwsze dźwięki muzyki, nie mogłem odpędzić od siebie wrażenia, że już gdzieś to słyszałem i niewątpliwie było to wrażenie słuszne, bo cały film zdawał się bazować na wiedzy, którą każdy z widzów w kinie miał o filmie sensacyjnym, czego najlepszym dowodem były wybuchające co chwilę salwy śmiechu.


Ale może zacznijmy od początku. Historia, którą film opowiada  dotyczy zamachu snajperskiego, w którym ginie pięcioro ludzi. Policja szybko zbiera dowody i właściwie nie ma żadnych wątpliwości, co do tego kto jest zabójcą. Prokuratura szybko stawia zarzuty i domniemany morderca zostaje aresztowany. Zanim zostanie pobity przez współaresztantów i zapadnie w śpiączkę, przekazuje swojemu obrońcy jedno nazwisko - Jack Reacher. Chwilę później widzimy odzianego w skórzaną kurtkę Toma Cruise'a, który w owego Reachera się wciela i film rozpoczyna swoją właściwą akcję.

Właściwie od początku wiadomo, jak film się skończy, ba, nawet mniej więcej oczywiste jest, jak będzie toczyć się fabuła, ale to nie w niej leży jego siła, a w perfekcyjnie skrojonych dialogach, które zdają się wykorzystywać wszystkie żelazne zasady filmów akcji i w świetnie napisanych, zagranych i nakręconych scenach. Mamy więc cynicznego, spowitego aurą tajemniczości, twardego głównego bohatera, lekko naiwną, lecz przecież piękną i uczuciową towarzyszkę, twardego policjanta, dziarskiego, zażywnego staruszka i rewelacyjnego Herzoga w roli arcy szwarccharaktera. Niemalże każdy dialog wywoływał wesołość, aż skrząc inteligentną grą z konwencją kina akcji czy westernu, a aktorzy, wśród których poza wyżej wymienionym zobaczyć można  i Roberta Duvalla i Richarda Jenkinsa widać, że świetnie bawili się na  planie i ten pogodny nastrój udzielał się widzom.

Jednym słowem świetny film, przy którym bawiłem się równie dobrze, jak przy starych, dobrych filmach akcji . Polecam